Sklep z fałszywkami

July 24th, 2002

Po raz pierwszy w pracy sekcji ds. walki z przestępczością gospodarczą gliwickiej policji udało się namierzyć znajdujący się w centrum miasta sklep, w którym obok legalnie sprzedawanych płyt play-station, klienci mogli wybierać spośród 1500 tytułów skopiowanych metodami pirackimi. Do tej pory policjantom udawało się jedynie skutecznie rozbijać grupy sprzedawców oferujących tego typu podróbki na giełdzie samochodowej. Zatrzymany wczoraj właściciel sklepu ma 23 lata.

- Za legalne płyty trzeba zazwyczaj zapłacić od 200 do 400 złotych. Fałszywki “chodziły” po 15 złotych za sztukę. Można więc przypuszczać, że osoby decydujące się na ich zakup wiedziały, że wspierają piractwo. Po przeszukaniu sklepu policja zabezpieczyła ponad 1100 płyt. Wiemy, że proceder trwał od ponad pół roku. Dziennie sprzedawał około dziesięciu płyt, co oznacza że do jego kieszeni wpadała nieopodatkowane kwoty w znacznej wysokości – wyjaśnia kom. Magdalena Zielińska, rzecznik prasowy gliwickiej policji.

Właściciel sklepu twierdzi, że znalazł w Internecie ofertę firmy kopiującej nielegalnie płyty. Skontaktował się z nią, a następnie regularnie otrzymywał przesyłki z towarem. Policjanci sprawdzają obecnie ten wątek. Sprzedawca fałszywek pożegnał się oczywiście z nielegalnym towarem. Teraz może być ścigany za paserstwo komputerowe (za co grożą dwa lata pozbawienia wolności) oraz za złamanie ustawy o prawach autorskich.

Autor artykułu: (jh)

Końską pasję ma w genach

July 24th, 2002

Jej dziadek był kawalerzystą, a mama, zanim zaczęła fotografować rumaki, także dosiadała końskiego grzbietu

Wśród przodków gliwiczanki Gosi Kaliszewskiej konie zawsze cieszyły się należnym uznaniem. Jej dziadek był kawalerzystą, mama swego czasu także dosiadała końskiego grzbietu, by w końcu poświęcić się pasji fotografowania tych pięknych zwierząt. Gosia początkowo traktowała jazdę na koniu jako rekreację.

- Tam, gdzie spędzałam wakacje, wyszukiwałam stadninę i na końskim grzbiecie spędzałam sporo czasu. W końcu uznałam jednak, że konie znaczą dla mnie bardzo dużo i że gotowa jestem poświęcić się mocniej tej pasji – wspomina gliwiczanka.

Swój pierwszy złoty medal uczennica III obecnie klasy gimnazjum wywalczyła podczas Mistrzostw Polski ,Pony”. Od czterech lat trenuje w Zakrzowie, reprezentując barwy Ludowego Klubu Jeździeckiego Lewada Zakrzów. Od dwóch lat ma także własnego konia, siedmioletniego Lelka.

- To ostatni prezent od dziadka, który w testamencie napisał, że pieniądze uzyskane ze sprzedaży jego samochodu mają zostać przeznaczone na zakup konia. Ponieważ córka była bardzo mocno związana z dziadkiem, duży sentyment czuje też do tego potężnego zwierzęcia – dodaje mama Gosi, Elżbieta Kaliszewska.

Gosia podczas niedawnej VIII Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w Sportach Letnich, jaka odbyła się we Wrocławiu odnotowała w swojej grupie wiekowej znaczny sukces. Rywalizacja odbywała się także w ,końskich dyscyplinach”, w tym w ujeżdżeniu. Gosia zdobyła srebrny medal i jako wicemistrzyni Polski została tym samym nominowana do wejścia do narodowej kadry juniorów! Do zdobycia złotego medalu zabrakło jej niewiele. Zwycięstwo było o włos!

- Dzięki wejściu do kadry będę mogła startować na międzynarodowych zawodach – mówi wicemistrzyni.

To nie pierwsze zwycięstwo Gosi odniesione na siedmioletnim Lelku. W czerwcu wywalczyła bowiem II miejsce w kategorii juniorów młodszych w Mistrzostwach Polski Zrzeszenia LZS w Ujeżdżeniu w Zakrzowie.

Na zawodach sędziowie oceniają przede wszystkim precyzję i rytmiczność przejazdu, płynność ruchów konia oraz symbiozę konia i jeźdźca.

Gosia swojej pasji poświęca sporo czasu, mimo to nie cierpi na tym nauka. Gosia interesuje się nie tylko końmi. Fascynują ją także rodzinne historie, które miała okazję poznać dzięki dziadkowi, Jarosławowi Krzysztofowiczowi.

- Mój dziadek lubił opowiadać o Bolesławie Orlińskim, który był jego ciotecznym bratem. Ten urodzony w Kamieńcu Podolskim krewny wychowywał się w majątku ziemskim, otoczony końmi. Od dziecka marzył jednak o tym, by zostać lotnikiem i udało mu się spełnić to marzenie. Był wielkim patriotą, cechowała go niezwykła odwaga, granicząca niekiedy z brawurą. Bolesław Orliński był pierwszym pilotem, który w 1926 roku przeleciał, w towarzystwie Leonarda Kubiaka do Japonii. To dopiero było wyzwanie! Trzeba przecież pamiętać o tym, jak niedoskonałe były wówczas samoloty. Loty długodystansowe należały jeszcze wówczas do rzadkości. Podczas tego lotu Bolesław Orliński dokonał bowiem, jako pierwszy, długiego, bo około 1300 km przelotu nad Morzem Japońskim w jego najszerszym miejscu, a cała podróż obfitowała w mnóstwo mrożących krew w żyłach przygód. Wystarczy wspomnieć o sztukowaniu śmigła drutem i koniecznością korzystania z fragmentu mapy wyrwanej z hotelowego atlasu… – nie bez dumy opowiada Gosia.

Ten rok szkolny gliwiczanka zakończyła otrzymując świadectwo z czerwonym paskiem, mimo że do Zakrzowa w trakcie roku szkolnego wyjeżdża raz w tygodniu oraz w każdy weekend.

Utalentowana gimnazjalistka jest także zdobywczynią stypendium naukowego ufundowanego przez prezydenta miasta. Wakacje gliwiczanka praktycznie całe spędzi na grzbiecie Lelka. Tytuł wicemistrzyni zobowiązuje wszak do szlifowania formy.

Autor artykułu: (jh)

Modernizacja skoczni będzie dużo droższa niż zakładano

July 24th, 2002

Bardzo skomplikowały się plany modernizacji skoczni w Wiśle-Malince. Inwestycja oszacowana początkowo na około 9 mln zł będzie kosztowała… 15 mln zł. – Wynika to z tego, że z początku nie wiedzieliśmy, ile dokładnie będą kosztowały poszczególne elementy skoczni, na przykład sztuczna nawierzchnia. Po cichu spodziewaliśmy się, że inwestycja może kosztować więcej – wyjaśnia burmistrz Wisły Jan Poloczek.

Prezydent zapowiedział w kwietniu w Wiśle, że ,w grudniu 2004 roku robimy w Malince Puchar Świata, a Adam walczy o zwycięstwo”. Burmistrz liczy, że Aleksander Kwaśniewski dotrzyma słowa i pomoże teraz w rozwiązaniu problemu. Dzisiaj Poloczek wybiera się do Warszawy. W Kancelarii Prezydenta spotka się z osobami, które Kwaśniewski upoważnił do prowadzenia rozmów w jego imieniu podczas rozbudowy skoczni w Malince. Jan Poloczek zamierza przekonać ludzi prezydenta do swojego pomysłu, czyli przejęcia skoczni przez Centralny Ośrodek Sportu. Burmistrz chciałby, żeby w Beskidach powstał COS łączący narciarskie trasy zjazdowe w Szczyrku, biegowe na Kubalonce i nową skocznię w Malince. Dzięki temu, łatwiej byłoby pozyskać brakujące pieniądze.

Według optymistycznych założeń, modernizacja skoczni w Wiśle-Malince miała ruszyć już wiosną. Do dzisiaj jednak nie został wyłoniony główny wykonawca. Nastąpi to być może za dwa tygodnie. 70 proc. kosztów modernizacji (z kwoty początkowej, czyli ok. 9 mln zł) obiecał pokryć Urząd Kultury Fizycznej i Sportu.

Autor artykułu: (two)

Kierowcy byli zmęczeni

July 23rd, 2002

Wycieczkę wykupiliśmy w kwietniu. Dzień przed wyjazdem skontaktowali się z nami pracownicy biura podróży. Usłyszeliśmy od nich, że godzina wyjazdu została przesunięta z 14.00 na 16.00. Dowiedzieliśmy się także, że pojedziemy trochę zmienioną trasą.

Zamiast jechać prosto na Pulę w Chorwacji, mieliśmy zahaczyć o włoskie Bibione – denerwuje się para, która w niedzielę wróciła z tygodniowych wczasów na północy Chorwacji. Młodzi ludzie cieszą się, że wrócili do kraju cali i zdrowi.

Kupując wycieczkę przed trzema miesiącami, dostali do ręki proponowaną trasę przejazdu, która wiodła przez Cieszyn, Znojmo, Wiedeń, Graz, Klagenfurt, Kranj, Lubljanę i Postojnę. Nad lazurowym Adriatykiem mieli być przed południem. Tymczasem nie dość, że turyści wyjechali dwie godziny później niż pierwotnie planowano, to zahaczyli jeszcze o Włochy. Na miejsce przyjechali przed 21.00. Dzisiaj skarżą się, że przewoźnik autokarowy ukradł im 12 godzin pobytu. Narzekają także na pracę kierowców.

- Na autostradzie w Austrii nagle jeden z kierowców zaczął zjeżdżać na pobocze. Ludzie w autokarze zaczęli krzyczeć, dopiero wtedy prowadzący jakby obudził się z letargu. Pod koniec trasy inny z kierowców nie był w stanie sam zmieniać biegów, dlatego pomagał mu w tym kolega. Kiedy wyjeżdżaliśmy z kraju, w biurze turystycznym powiedzieli nam, że dla bezpieczeństwa dokładają nam jednego kierowcę. Co z tego, że mieliśmy trzech prowadzących, skoro działy się takie rzeczy? Najgorsze było jednak to, że po przyjechaniu na miejsce kierowcy wzięli prysznic i po godzinie ruszyli z turystami z powrotem do Polski. To skandal! Niespodzianka czekała na nas także w drodze powrotnej. Wracaliśmy busem, o którym trudno powiedzieć, że jest autokarem klasy LUX – wściekają się młodzi z Czechowic.

Wczasy wykupili w jednym z bielskich biur podróży. Z naszych informacji wynika, że z uwagi na małe zainteresowanie zawiesiło ono na jakiś czas kursy na Pulę. Bielszczanie zwrócili się do biura z Katowic. To przystało na propozycję zabrania części turystów bielskiej firmy, ale pod warunkiem, że najpierw zostaną zawiezieni goście do Włoch.

Jerzy Kosiński z Beskidzkiej Izby Turystyki mówi, że po ostatnich wypadkach polskich autokarów na Węgrzech, w Austrii i Rumunii zapanowała panika. Wspomina, że dochodzi do bardzo dziwnych sytuacji. Przed kilkoma dniami jedno z katowickich biur podstawiło na parking nowy autokar. Zanim jednak ruszył w trasę, został sprawdzony przez… różdżkarza, sprowadzonego przez jednego z pasażerów. Nie mieli szczęścia uczestnicy wycieczki do Szczecina. Tam ich autokar został skontrolowany przez policję i uznany za niesprawny. Kolejny patrol policji orzekł jednak, że można nim jechać. Biuro w tym czasie zdążyło wysłać na północ nowy pojazd.

Telefon w Beskidzkiej Izbie Turystyki w Bielsku dzwoni codziennie kilkadziesiąt razy. Ludzie chcą sprawdzić biuro, z którym planują wybrać się na wczasy czy wycieczkę.

- Jeśli ktoś jest kiepski, to go nie przyjmujemy lub wykluczamy z członkostwa. W tym roku nie było poważniejszych skarg na biura zrzeszone w BIT – zaznacza Kosiński.

Do Beskidzkiej Izby Turystyki w Bielsku należy prawie 100 podmiotów świadczących usługi turystyczne, w tym 40 biur podróży.

Autor artykułu: TOMASZ WOLFF

Karina Nowak mistrzynią świata

July 23rd, 2002

Na mistrzostwa świata, które odbyły się w Londynie pojechała wraz z 11-osobową grupą mężczyzn z reprezentacji Polski. Była w niej jedyną kobietą. Występowała w kategorii junior do 60 kg, w walce pojedynczym ratanem. Pojedynki trwały trzy rundy, każda po minucie. Stoczyła siedem zwycięskich walk, w tym jedną z dogrywką, ponieważ jednocześnie z przeciwniczką upuściła patyk. Rywalizowała z zawodniczkami z Indii, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Filipin.

Co to jest combat kalaki? Jak czytamy na internetowej stronie Polskiej Federacji Combat Kalaki, jest to uniwersalny i kompletny system, w którym uczy się walki przy maksymalnym wykorzystaniu możliwości ludzkiego ciała. Naucza się obrony rękoma i nogami stosując ciosy i kopnięcia, przechwyty, dźwignie i uciski. W programie jest znakomicie opracowana forma obrony przed nożem, jak i walka przy pomocy noża i kija. Adept tej sztuki w szybkim czasie uczy się praktycznych i skutecznych technik, niezbędnych do obrony w walce ulicznej. Opiera się ona na prostocie, naturalności i ekonomii ruchu. Uczy jak posługiwać się bronią typu kij, nóż, co umożliwia tym samym lepsze zrozumienie techniki i obrony przed tą bronią. Podczas walk używa się hełmów ochronnych. Na tułów zakłada się specjalny kostium, na ręce – ochraniacze i rękawice.

Jak wygląda to w praktyce, podczas zawodów?
- Są uderzenia na głowę, tułów, cięcia. Sędziowie bardzo zwracają uwagę na technikę i taktykę walki, sposób poruszania, inicjatywę. Nie wolno dźgać, podcinać, uderzać pięścią ani kopać przeciwnika. Najwyżej oceniane są trafienia w głowę. Można odpychać przeciwnika i zmylać go. To niebezpieczny sport, zwłaszcza gdyby doszły jeszcze do tego podcięcia i uderzenia. Może w najbliższym czasie coś takiego zostanie wprowadzone – mówi mistrzyni.

Karina nie trenuje wyłącznie tej sztuki walki, ale również inne style. – Kalaki to taki dodatek; to kocham i dlatego to robię. Przygotowanie do każdej imprezy to ciężka praca fizyczna, techniczna i taktyczna. Żeby wyrobić sobie cięcia, siłę trenujemy na ułożonych na wysokość około 2 m oponach samochodowych. Poza tym jest walka z partnerem, z cieniem, walka softami, poczas której wyrabiamy sobie koordynację ruchową, szybkość – opowiada.

Do jej sukcesu przyczynili się trenujący ją w klubie instruktorzy Piotr Duchnik i Roman Smok oraz mistrz Jan Nycek, będący trenerem kadry narodowej. Bardzo pomaga Karinie mama.

Niewiele brakowało, a częstochowianka nie pojechałaby na mistrzostwa świata. Polska federacja nie pokrywa bowiem kosztów wyjazdu.

- Na początku czerwca zapadły ostateczne decyzje, kto z Polaków wystąpi w mistrzostwach. Każdy musiał sobie jednak sfinansować wyjazd. Zdecydowałam się szukać pomocy w Urzędzie Miasta Częstochowy. Chodziłam tam przez miesiąc dzień w dzień. Każdego dnia mówiono mi: “Przyjdź jutro”. W końcu dostałam od prezydenta decyzję odmowną. Byłam załamana i zaskoczona, że urząd, który sponsorował zawsze sportowców nie był w stanie znaleźć 2 tys. zł. Częstochowianie przecież nie co dzień startują w mistrzostwach świata. Pomogła mi w końcu moja kochana mama. Tylko dzięki niej pojechałam na te zawody – żali się zawodniczka.

- Na pewno nie przestanę pracować i nadal będę wkładać w treningi wiele wysiłku. Moim kolejnym marzeniem jest wyjazd w marcu do Los Angeles na mistrzostwa świata. Mam nadzieję, że mi się uda i do tego czasu znajdę sponsora. Ten sport nie jest aż tak bardzo drogi, ale sam sprzęt kosztuje około 3 tys. zł. Do tego trzeba mieć pieniądze na wyjazdy i uczestnictwo w różnych imprezach, przygotowaniach, zgrupowaniach oraz seminariach. W przyszłości chciałabym otworzyć swoją sekcję i być w niej instruktorem – dodaje zapytana o swe plany.

Autor artykułu: KRZYSZTOF SULIGA

IV Jurajskie Lato Filmowe

July 23rd, 2002

Ponad 20 tysięcy ludzi obejrzało seanse przygotowane przez organizatorów IV Jurajskiego Lata Filmowego. Takich tłumów nie spodziewali się sami organizatorzy i w sobotę zabrakło nawet biletów dla kierowców parkujących na terenie imprezy.

Sukces frekwencyjny zapowiadało już w czwartek rozpoczęcie imprezy. Mimo ulewnych deszczów i niemal środka tygodnia do Złotego Potoku przyjechało prawie 4 tysiące ludzi. Pierwszą gwiazdą, z którą spotkali się widzowie przed projekcją ,Quo vadis”, był Jerzy Trela. Aktor opowiadał między innymi o swoim pierwszym sukcesie aktorskim: kiedy skończył szkołę podstawową miał zgodnie z rodzinną tradycją zdawać do technikum kolejowego. Postanowił jednak, że będzie udawał atak wyrostka robaczkowego, żeby uniknąć tej szkoły.

- Chyba nieźle udawałem – wspomina aktor. – W każdym razie na tyle dobrze, że mi ten wyrostek wycięli.

Poza ,Quo vadis” widzowie mogli obejrzeć ,Karierę Nikosia Dyzmy” i ,Dzień Świra”. Jeszcze więcej ludzi przyjechało w piątek, kiedy odbyło się spotkanie z Jackiem Chmielnikiem. Po nim wyświetlano filmy: ,King Size”, ,Harry Potter i kamień filozoficzny” oraz ,Obłędny Rycerz”. Część z tych, którzy przyjechali w piątek, przywiozło ze sobą namioty i pozostało już do końca imprezy. Rekordowa liczba kinomanów pojawiła się jednak w Złotym Potoku w sobotę. Organizatorzy, czyli Urząd Gminy Janów i hotel Kmicic szacują, że na ,Duże zwierzę” w reżyserii i z udziałem Jerzego Stuhra przyszło około 10 tysięcy widzów. Zadziwiło to nawet samego aktora, który przed projekcją spotkał się z publicznością.

- Mógłbym chyba wystartować w wyborach prezydenckich – zażartował Jerzy Stuhr patrząc na zgromadzony i wiwatujący na jego cześć tłum. – Kiedy tu jechałem, myślałem, że ludzie jadą na jakiś festyn, przy okazji którego odbędzie się kameralne spotkanie z amatorami kina. A tu wszyscy na film.

Jerzy Stuhr miał się pojawić wśród kinomanów prowadząc wielbłąda, takiego jak w filmie. Nie udało się jednak zrealizować tego pomysłu.

- Cyrk, z którego miało pochodzić zwierzę postawił zbyt wygórowane warunki – mówi Ireneusz Bartkowiak z Urzędu Gminy. – Nie możemy zgodzić się na to, żeby wielbłąd miał większą gażę niż Jerzy Stuhr.
Jerzy Stuhr przez kilkadziesiąt minut składał autografy wszystkim chętnym. Nie odmówił nawet wpisu do dowodu osobistego (starego typu). W odpowiedzi publiczność zgotowała aktorowi i reżyserowi kilkuminutową owację na stojąco po zakończeniu filmu.

- Przygotowuję się do pracy nad kolejnym filmem – przyznał aktor na kolacji przygotowanej w hotelu Kmicic. – Bardzo bym chciał, żeby za dwa lata, kiedy film będzie gotowy, został pokazany w Złotym Potoku. Obiecuję wtedy przyjechać tu jeszcze raz.

Poza ,Dużym zwierzęciem” w sobotę wyświetlane były ,Władca pierścieni” i ,Braterstwo Wilków”. Na zakończenie przeglądu, w niedzielę, gościem imprezy był Jerzy Bończak. Wyświetlono ,Fuchę”, ,Moulin Rouge” i ,Wiedźmina”. Filmy te obejrzało około 6 tysięcy kinomanów.

Autor artykułu: TOMASZ ZABOROWICZ

Kolonie dla dzieci krwiodawców

July 22nd, 2002

Zarząd Rejonowy Polskiego Czerwonego Krzyża w Katowicach zorganizował dla 20 dzieci honorowych dawców krwi czternastodniowy turnus kolonijny. Maluchy wypoczywają w malowniczej, czeskiej miejscowości Hadinka, położonej w pięknej dolinie Gór Oderskich, przez którą przepływa rzeczka Budisorka. Na miejscu dzieci mają do dyspozycji basen oraz dwa boiska do piłki siatkowej i nożnej. Organizatorzy pomyśleli także o wycieczkach krajoznawczych i pieszych wędrówkach po górach. Zaplanowano przejażdżki konne, gry terenowe, ogniska oraz konkursy z nagrodami i zajęcia sportowe. Kolonie potrwają do 25 lipca, a ubezpieczenie dla 20 dzieci ufundował PZU S. A w Katowicach.

Autor artykułu: (BL)

Bez Śrutwy i Bizackiego

July 22nd, 2002

Piłkarze Ruchu Chorzów przygotowują się do nowego sezonu w Spale. Podopieczni trenera Oresta Lenczyka rozegrali w sobotę dwa mecze sparingowe. Najpierw pokonali trzecioligowe Okęcie Warszawa 3:0 (1:0), a potem uporali się z beniaminkiem II ligi – Piotrcovią Ptak 2:1 (0:1). Dwie bramki w meczu przeciw Okęciu zdobył Damian Gorawski (49, 51), a jedną Jan Woś (29). Wynik drugiego spotkania ustalił Marek Suker, dwukrotnie wpisując się na listę strzelców (86, 87). Gola dla Piotrcovii zdobył Przemysław Kaźmierczak. Warto wspomnieć, że drużynę z Piotrkowa prowadzi były szkoleniowiec ,niebieskich” – Bogusław Pietrzak. W obu meczach zabrakło dwóch podstawowych napastników Ruchu – Mariusza Śrutwy i Krzysztofa Bizackiego. Obaj mają drobne kontuzje, dlatego trener Lenczyk pozwolił im odpocząć.

W drużynie z Chorzowa nie zagrał Waldemar Grzanka, który otrzymał od klubu wolną rękę, ale ostatnio przebywał w Spale i wystąpił w sparingu z Ceramiką. Bramkarz spakował jednak manatki i wyjechał ze zgrupowania, szukując nowego pracodawcy. Natomiast Łukasz Madej jest już prawie pewny przenosin do Lecha Poznań. Zawodnik od pewnego czasu trenuje z drużyną z Wielkopolski. Nieoficjalna kwota transferu zawodnika to 450 tysięcy złotych. Dzisiaj mają być złożone podpisy prezesów na umowie między klubami.

Autor artykułu: (TOK)

Te głupie bramki!

July 22nd, 2002

Znów straciliśmy bramki robiąc głupie błędy, po stałych fragmentach gry – martwi się Jan Pietryga, drugi trener GKS Katowice, oceniając mecz sparingowy z trzecioligowym Włókniarzem Kietrz. “Gieksa” przegrała 1:2 (1:1). Gola dla katowickiego zespołu zdobył Adam Bała, a dla Włókniarza strzelali Sebastian Jurok i Roman Kowalczyk. W drużynie prowadzonej przez Jana Żurka zadebiutowało dwóch piłkarzy – Paweł Pęczak z Amiki Wronki i Łukasz Mierzejewski z Legii Warszawa. Pierwszy z nich zaprezentował się bardzo dobrze, grając w pierwszej połowie jako prawy pomocnik, a po przerwie w roli kryjącego obrońcy. U Mierzejewskiego widać było brak zgrania z nowymi kolegami, choć gdyby wykorzystał znakomitą okazję, to zaliczyłby wymarzony debiut. Dziś katowiczanie wyjeżdżają na zgrupowanie do Straszęcina. W kadrze znalazło się 22 zawodników, ale do autobusu nie wsiądą Mierzejewski i Jacek Kowalczyk, którzy otrzymali powołania do kadry młodzieżowej.

W Katowicach trwają przygotowania do rozgrywek. Ostatnio pojawiły się problemy związane z jednym z masztów oświetleniowych, który odchylił się o trzy procent od pionu i zagraża bezpieczeństwu widzów na stadionie. Aby móc przeprowadzić prace korekcyjne i konserwacyjne trzeba będzie ściągnąć z masztu część jupiterów (około 40 procent stanu). Ponieważ pojawiła się groźba za małej widoczności, na Bukową przyjechali przedstawiciele telewizji Canal+. Testy wykazały, że oświetlenie jest na tyle mocne, że nawet w trakcie prac remontowych będzie wystarczające na potrzeby telewizji.

Odra Wodzisław rozegrała swój sobotni sparing w Ostrawie z Banikiem. Mecz zakończył się remisem 1:1 (1:1). Gola dla wodzisławian strzelił Wojciech Grzyb (42-głową). W Odrze zadebiutował obrońca Lecha Poznań – Tomasz Augustyniak.

- Mecz stał na bardzo dobrym poziomie, nie brakowało sytuacji strzeleckich dla obu drużyn. Jestem zadowolony z postawy mojego zespołu, tym bardziej, że Czesi za tydzień rozpoczynają rozgrywki ligowe. Jeśli chodzi o Augustyniaka, to wkrótce zdecydujemy o jego przydatności – powiedział Ryszard Wieczorek, trener Odry.

Na koniec austriackiego zgrupowania Górnik Zabrze przegrał z chorwackim Varteksem Varażdin 0:1 (0:1), natomiast Garbarnia Szczakowianka Jaworzno, trenująca w Austrii, nie dała rady drużynie mołdawskiego Zimbru Kiszyniów 1:4 (1:2). Honorowego gola zdobył Marek Kubisz. Trener Marek Motyka tłumaczył swych piłkarzy zmęczeniem, po intensywnych zajęciach.

Swoje spotkania sparingowe rozegrali też drugoligowcy z naszego regionu. Na stadionie Sarmacji w Będzinie MC Podbeskidzie Bielsko-Biała zremisowało z Zagłębiem Sosnowiec 0:0. Bielski beniaminek II ligi zdobył nawet gola, po uderzeniu Andrzeja Szłapy, ale sędziowie dopatrzyli się pozycji spalonej. W drużynie z Sosnowca zagrał Krzysztof Kmietowicz, piłkarz GKS-u Katowice, któremu klub dał wolną rękę. Ruch Radzionków pojechał do Opoczno na sparing z Ceramiką. ,Cidry” zremisowały 1:1 (1:1), a bramkę dla Ruchu już w trzeciej minucie zdobył Łukasz Wesecki. W meczu zagrali dwaj zawodnicy z Katowic: Grzegorz Oberaj i Adam Bosowski oraz debiutant – Michał Ziółkowski z Zagłębia Sosnowiec. Nie było Piotra Sowisza, który ma zostać pozyskany z Odry Wodzisław. Z Radzionkowem rozstał się legendarny zawodnik “Cidrów” – Marian Janoszka. Popularny “Ecik” został grającym trenerem Sparty Lubliniec występującej w częstochowskiej lidze okręgowej.

Autor artykułu: TOMASZ KUCZYŃSKI

Stracone miliony

July 19th, 2002

Fundusz Górnośląski miał stać się kołem zamachowym śląskiej gospodarki; tworzyć miejsca pracy, przyspieszać rozwój regionu. Nieudolnie zarządzany, z garbem nie trafionych inwestycji, dzisiaj ledwie wiąże koniec z końcem.

Po 7 latach działalności Fundusz Górnośląski, największa regionalna instytucja finansowa w województwie śląskim, stracił jedną szóstą kapitału. Za niegospodarność i podejmowanie decyzji wbrew nie tylko zasadom ekonomii, ale także zdrowego rozsądku, nikt nie poniósł odpowiedzialności. W tej chwili w prokuraturze nie toczy się żadne postępowanie przeciwko osobom, które doprowadziły Fundusz do obecnej sytuacji. Tylko 2001 rok zamknął się dla Funduszu Górnośląskiego stratą w wysokości 25 mln zł. Ze 150 mln zł, jakie jeszcze do niedawna były w dyspozycji Funduszu, jedna szósta została bezpowrotnie stracona. Read the rest of this entry »